Ojciec Mieczysława Karłowicza – Jan – grał na wiolonczeli, fortepianie, organach i fisharmonii. Matka na fortepianie. Dziadek na skrzypcach.


Spodobała mi się retoryka, jaką ostatnio określa się Adama Mickiewicza („kobieciarz”, opiumista”, „Jim Morrison i Umberto Eco w jednym” – słowa dyr. Potoroczyna) i długo zastanawiałam się jak zwrócić uwagę na sylwetkę Jana Karłowicza – ojca Mieczysława – w sposób równie zaczepny i ciekawy. Był to bowiem niezwykle porządny i spokojny człowiek, a jak wiadomo biografie porządnych i spokojnych ludzi nie budzą żadnego zainteresowania. W jego życiorysie nie pojawiają się ani narkotyki (nawet w czasach studenckich w Moskwie), ani prostytutki (nawet w czasie studiów w Paryżu), jest za to przykładne życie rodzinne i lata ciężkiej pracy. Zainteresowanie może ewentualnie budzić fakt, że przez długi czas nie musiał zarabiać. Był to człowiek wybitny, skromny i wesoły, o jasnym umyśle, niezwykle pozytywnie nastawiony do świata. Podobno jego ojciec (a zatem dziadek Mieczysława Karłowicza) z Mickiewiczem się znał. Jedno jest pewne – był jednym z najlepiej wykształconych Polaków jakich mieliśmy w historii i gdyby nie on, Mieczysław najprawdopodobniej nie miałby żadnych zainteresowań. Nie mówiąc o tym, że by go nawet nie było na świecie.

IMG_4325

Jan Karłowicz („wykonywujący trudności niesłychane!!”), autokarykatura?, Państwowe Litewskie Archiwum Historyczne

JAN KARŁOWICZ 1836 – 1903

Jan Aleksander Ludwik August Karłowicz urodził się 180 lat temu, 28 maja 1836 roku w Subortowiczach, niedaleko Wilna, i przez Litwinów jest dziś uważany za Litwina. Oczywiście był Litwinem – takim samym jak Adam Mickiewicz. Imię Aleksander nosił po ojcu, Ludwik po dziadku, a August, dla odmiany, po ostatnim królu Polski. Był jedynym dzieckiem, i oczkiem w głowie, udanego na pozór małżeństwa, które jednak, z powodu niezgodności charakterów, żyło w separacji. Ojciec, urzędnik, niespełniony poeta, niezwykle barwna postać, w młodości grał na skrzypcach. Był to sentymentalny typ dobrodusznego szlachcica, ruchliwy, porywczy, o wielkim sercu i dość szerokich horyzontach intelektualnych. Gospodarował, polował, publikował (sic) i był do nieprzytomności zakochany w synu, z którego chciał zrobić artystę. I chociaż raz po raz zmuszany był ratować swe majątki po spustoszeniach powodowanych przez cholerę, znajdował zawsze fundusze na fortepian, teatr, nuty i książki dla syna (na których syn, przyjmując postępową zasadę „pal diabeł majątek”, nigdy zresztą nie oszczędzał). Matka, Antonina z domu Mołochowiec, sympatyczna kobieta dla której główną rozrywką była, jak się zdaje, lektura, potrafiła grać na fortepianie. Sięgała najchętniej po trio Mendelssohna, niemniej ostrożnie próbowała także i sonaty Beethovena (którego wszakże, po zapoznaniu się z partyturami, uznała za wariata). Ciotka śpiewała. Wilno, gdzie Jan uczył się w gimnazjum, pod względem muzycznym leżało na szlaku pielgrzymek do Rosji, nie było też, jak wiadomo, kulturalną pustynią. Raz po raz koncertowali tam wybitni instrumentaliści. Na prowincji muzykowano stale.

IMG_4251

Jan Karłowicz z ojcem Aleksandrem, Państwowe Litewskie Archiwum Historyczne

WILNO

Jan od dziecka uczył się grać na wiolonczeli u Samuela Kossowskiego, którego „metodę” odsądził jednak, po niejakim czasie, od czci i wiary. Jako nastolatek był już także całkiem sprawnym pianistą, z utworami Chopina i Liszta w repertuarze. Ojciec zapewniał go, że gra na fortepianie imponuje kobietom, szczególnie zaś wizerunek wyciągniętego poziomo na stołku wirtuoza, improwizującego dziko, z oczami wzniesionymi do nieba:

mój Robaku, […] Pamiętaj, że to iest instrument tak upowszechniony – Europejski – gdziekolwiek wstąpisz na Litwę, najpierwiej Mamunie i Córónie do gry Cię zaproszą, a będą szeptać między Sobą – „On iuż od lat dziesięciu nad tem pracuie. Otóż Nam zagra” a ty jak koń dziki przelatuiesz klawiaturę – lecą skry z pod palców, ieżą się włosy na głowie u słuchaczów, a ty wyciągnięty poziomo na Fotelu, z oczami wzniesionemi do Sufitu improwizuiesz [24 września 1855].

Jan uczył się zawsze wiele, i bez najmniejszego wysiłku (czego Mieczysław po nim nie odziedziczył, miewał bowiem słabe stopnie, a w dzienniczku nagany za lenistwo i nieuwagę). Gimnazjum ukończył ze złotym medalem za pilność, zużywszy uprzednio 350 piór, 3 gumki do ścierania, 2 ołówki, pudełko kredek zwykłych oraz jedną do rysunku – z czego jasno widać, że przyszły literat. W Wilnie przystawiono mu ogółem 20 pijawek i dano 50 kopiejek na mszę do Ostrej Bramy za jego życie (mało – zdaje się, że równowartość 1 lub 2 ówczesnych lekcji wiolonczeli). Z zachowanych kompletnie sumariuszy wydatków, prowadzonych przez opiekuna Karłowicza w Wilnie, wiemy m.in. także i to, że w zimie się nie kąpał. Zimy na Litwie bywały srogie.

Najprawdopodobniej w roku 1853, jako siedemnastolatek, rozpoczął działalność koncertową. Brał udział w odbywających się w Teatrze Wileńskim i Sali Szlacheckiego Klubu występach publicznych, wielokrotnie grywał także na prywatnych wieczorach kulturalnego towarzystwa. Sądząc po jego ówczesnym repertuarze, nie mógł nie być utalentowany. Ojciec dostawał gęsiej skórki kiedy słuchał syna. Syn denerwował się, jeśli podczas jego gry rozmawiano.

MOSKWA

Naukę kontynuował na wydziale filologiczno-historycznym Uniwersytetu Moskiewskiego (1853-57). Choć nie była to jego wymarzona uczelnia, a Moskwa po kilku latach naprawdę mu obrzydła, był zdania, że „tylko w sferze nauk historyczno-filologicznych można omyć się z cisnących współczesne społeczeństwo brudów egoizmu i materializmu”(!). Oczywiście nie zaniechał muzyki, brał lekcje u wiolonczelisty nazwiskiem Gebel, który miał jego zdaniem zupełnie nieadekwatną do umiejętności pozycję w teatrze, co Jan, za pomocą domniemanych stosunków rodzinnych w Petersburgu, starał się zmienić, niestety na próżno. O ile nie zachowały się żadne świadectwa zwątpienia naukowego, o tyle Karłowicz-artysta przechodził kryzysy. Za powracające zwątpienia odpowiedzialna była także ogromna ilość zajęć uniwersyteckich – Karłowicz starał się uczyć po kilkanaście godzin dziennie, nie pozostawało mu zatem wiele czasu na regularną pracę nad grą na wiolonczeli. W Moskwie, w 1857 roku, po raz pierwszy usłyszał Adrien François Servais’go, jednego z najlepszych wiolonczelistów XIX wieku, zwanego „Paganinim wiolonczeli”, (którego uwielbial jego ojciec). Matka pytała syna w liście, czy słysząc wirtuoza tej klasy, kompletnie się czasem nie załamał. Jednakże Jan się nie załamał, tylko zmotywował. Servais, niespeła 3 lata później, został jego pedagogiem.

PARYŻ

Na jesieni 1857 roku Karłowicz znalazł się w Paryżu. Słuchał wykładów na Sorbonie i w Collège de France (zauważył, że profesorowie dwoili się tam i troili, żeby przypodobać się słuchaczom), a pragnąc zostać także uczniem Konserwatorium Paryskiego, złożył prywatną wizytę Danielowi Auberowi, będąc najprawdopodobniej zaopatrzony w listy polecające od Stanisława Moniuszki. W przedostatni dzień roku 1857 przystąpił do egzaminu wstępnego. Oczywiście bał się, w jury zasiedli bowiem ludzie, których znał z partytur, byli to m.in. Auber, Carafa, Halévy, Alard i, bagatela, Franchomme. Do Konserwatorium został przyjęty na podstawie odegrania solo na wiolonczeli około 40 taktów, z których wyjątkowo nie był zadowolony. Nazajutrz, listem Aubera, został oficjalnie mianowany regularnym uczniem, z prawem „konkursowania do nagród”. Z listu do rodziny wiadomo, że szacowna uczelnia powiadamiała o wynikach egzaminów tylko przyjętych, nieprzyjętych nie powiadamiano wcale. Karłowicz szybko porzucił jednak Konserwatorium, nie miał bowiem zaufania do przydzielonego mu nauczyciela, Vaslina, Auber nie wyraził natomiast zgody na transfer do klasy Franchomme’a. Wkrótce porzucił także Kolegium i Sorbonę – głównie dlatego, że oferowane tam kursy dostępne były (tak pisał, choć może tylko uspokajał ojca) również w formie drukowanej, sporo zagadnień znał już także z Moskwy. Zapisał się wówczas do płatnej École Beethoven, gdzie przez pół roku uczył się w klasie wiolonczeli Sebastiana Lee oraz harmonii u Renaud de Vilbac (ucznia Halévy’ego, zdobywcy Prix de Rome). Ze szkoły był kontent. Pomimo, że nie cenił wysoko wokalistyki francuskiej (odradzał ciotce naukę w Paryżu, jako że francuska metoda śpiewu wydawała mu się „obrzydliwa”, w tym względzie przyznawał prymat Włochom) – często odwiedzał paryską operę (gdzie m.in. był świadkiem nieudanego zamachu na życie cesarza). Grywał w kwartecie złożonym z Polaka i 2 Francuzów. Nadsyłał korespondencje do krajowej prasy recenzując koncerty muzyków polskich. Jasny kolor jego półdługich włosów wzbudzał powszechne zainteresowanie, ostrzygł się zatem krótko, aby nie wyglądać na cudzoziemca. Poczynił mnóstwo arcyciekawych uwag o wielu aspektach życia w Paryżu, na podstawie których jego ojciec, Aleksander, uznał stolicę Francji za Babilon. Matka zmartwiła się faktem, że zdaniem syna, litewska francuszczyzna podobna była do paryskiej „jak pięść do nosa” (Karłowicz zwrócił uwagę na to samo, z czego kpił Maurycy Sand opisując wymowę Chopina, mianowicie na płaskie „e” w słowach typu „Dieu”). W tym miejscu narodziła się (chyba) miłość Karłowicza do językoznawstwa. Był później wszakże autorem słowników, m.in. gwar polskich i języka polskiego.

IMG_4253

Jan Karłowicz, Państwowe Litewskie Archiwum Historyczne

HEIDELBERG. BRUKSELA

Na jesieni 1858 roku został studentem filozofii Uniwersytetu w Heidelbergu. Kontynuował naukę harmonii u Karla Bocha, rozwijał się towarzysko i koncertował. Młodego Polaka odwiedzały zauroczone jego ogładą i urodą panny. Matka nakłaniała syna do kompozycji, marzył jej się synowski Souvenir de Paris. Z jej listu wiadomo o pierwszej, wymienionej z tytułu, prawdopodonie fortepianowej kompozycji Jana, Romance sans parole (zaginiony). Oczywiście także i tutaj Karłowicz nie zatrzymał się na dłużej. Na jesieni 1859 roku został studentem Konserwatorium w Brukseli, w klasie wiolonczeli Adrien François Servais’go. Ojciec rósł z dumy. Jan był nie tylko uczniem Servais’go, służył mu jako domowy akompaniator, i szybko wszedł w przyjacielskie stosunki z całą jego rodziną. Być może grał w orkiestrze Konserwatorium lub brał solowy udział w organizowanych przez uczelnię koncertach, udzielał się także na prywatnych muzykalnych wieczorach. Był jednak względem siebie bardzo sceptyczny i zrażał trudnościami. W Brukseli studiował również grę na organach (Lemmens) i wynajmował harmonium, pracował także nad teorią i historią muzyki (być może u Fétisa).

Ojciec nalegał na powrót syna z zagranicy i życzył sobie, by osiadł na stałe w Warszawie lub Wilnie. Marzył, by Jan zajął stanowisko wykładowcy harmonii, organów, fortepianu lub wiolonczeli w Warszawskim Instytucie Muzycznym. W tym celu w 1860 wystosował do dyrektora Instytutu uprzejmy list, załączając suszone kwiatki („jako wielbiciel jego talentu”; w ogóle często załączał kwiatki), oraz 25 rubli, na który Apolinary Kątski odpowiedział wówczas jedynie w sposób grzecznościowy (zatrudnił Jana dopiero 10 lat później). Oczywiście nie wszyscy członkowie rodziny byli tak entuzjastycznie nastawieni do artystycznej edukacji Karłowicza, jak jego ojciec. Znalazł się i sceptyczny, zgryźliwy wuj, który próbował obrzydzić Janowi muzykę.

LITWA

W 1860 roku Karłowicz, zgodnie wolą ojca, wrócił do kraju. Ubolewając nad ubóstwem polskiego piśmiennictwa muzycznego, a zarazem chcąc się przysłużyć Warszawskiemu Instytutowi Muzycznemu, w 1862 dokonał przekładu Lehrbuch der Harmonie Richtera, który uważał za podręcznik wzorowy. Uzupełnił go streszczeniem 2 pism Weitzmanna dla „rozszerzenia poglądu ucznia i oswojenia czytelnika z nowymi prawami sztuki, zawierającymi zasady teoretyczne wyciągnięte z najświeższych utworów” (sic). Jako materiał do ćwiczeń zamieścił wybrany przez siebie zbiór motywów polskich. W przedmowie do wydania wyraził przekonanie o nieprzerwanym rozwoju muzyki, akceptację zniesienia starych zasad harmonii przez twórcę, który ma prawo ustanawiać nowe zasady, argumentując je wyłącznie własnym talentem. Sporą część 1862 poświęcił celom społecznym – piastował nominalnie urząd kancelisty sądu powiatowego w Wilnie z rangą sekretarza kolegialnego, najprawdopodobniej jednak myślał wówczas gdzie znowu pojechać.

BERLIN

Na jesieni 1862 wstąpił na Uniwersyet w Berlinie, niespodziewana śmierć ojca odwołała go jednak do kraju i zmusiła do eksmatrykulacji. Do 1865 przebywał na Litwie, gospodarowanie majątkiem pozostawił matce (nie lubił tego i później scedował na żonę), przez długi czas chorował. We wrześniu 1865 ożenił się z Ireną Sulistrowską z Wiszniewa, która została matką czworga jego dzieci. Aby jego żoną została „krajowa panna” nalegał jeszcze za życia Aleksander Karłowicz, który pisał:

ani piękne, półnagie Gallów dziewice, ani boskie córy skromne Albionu, ani potulne i ciche Buntestagu perły, ani pracowite Belgijki z swoimi tulipanami, ani zuchwałe Włoszki! nie zastąpią naszej dziarskiej, pięknej i poczciwej Litwinki!. Litwinka ta również ładnie śpiewała.

Na Litwie Karłowicz czuł się wirtuozem, pomimo, że na afiszach i w programach koncertów określany był często jako wiolonczelista-amator. W 1865 wielokrotnie koncertował publicznie w Wilnie (Klub Szlachecki, Teatr). Opuścił Litwę w maju 1865 by ponownie zostać słuchaczem wydziału filozoficznego Uniwersytetu w Berlinie (chociaż Irena utrzymywała, że „kocha Jasia, któren doktorem czy nie”; była zresztą wówczas w ciąży, którą ze wstydu przed teściową ukrywała, utrzymując, że cierpi na niestrawność). Studia ukończył w 1866 po zdaniu egzaminu i publicznej obronie napisanej pod kierunkiem E. E. Kummera dysertacji De Boleslai I. bello kioviensi. W 1867 ubiegał się o katedrę historii powszechnej w Szkole Głównej w Warszawie. Wydziałowi filologiczno-historycznemu złożył swą rozprawę habilitacyjną Don Carlos, królewicz hiszpański, szkic biograficzno-historyczny, stanowiska jednak nie otrzymał. Z tajemniczych przyczyn. W 1868 pracował na Litwie nad językoznawstwem i mitologią. Nie zaniechał jednak ani koncertów, ani poróży.

IMG_4252

Jan Karłowicz, ok. 1870?, Państwowe Litewskie Archiwum Historyczne

WARSZAWA. WISZNIEW

W 1871 przyjął propozycję Apolinarego Kątskiego i objął stanowisko nauczyciela klasy muzyki zbiorowej w Warszawskim Instytucie Muzycznym, niestety z wynagrodzeniem tak niskim, że nie pokrywało nawet kosztów zakwaterowania. Zrezygnował z pracy po zaledwie kilkunastu lekcjach, argumentując swoje odejście chorobą oczu (z którymi rzeczywiście miał problemy). Na Litwie zajął się etnologią i lingwistyką. W 1872 ukończył przekład podręcznika Lehrbuch der musikalischen Komposition Lobego. We wstępie tłumacza napisał: „podręczniki powinny być pociągające; a są takimi wtedy tylko, gdy przedstawiają najweselszą i najdostępniejszą stronę wiedzy”. Na jesieni 1873 wraz z żoną i matką przeniósł się do Wiszniewa, które Irena otrzymała w spadku po ojcu. Furmanki przewiozły wówczas z Podzitwy bibliotekę liczącą 2186 dzieł. Sprawy administracyjne i gospodarcze Karłowicz pozostawił żonie, która odsunęła od niego wszelkie codzienne troski, które mogłyby oderwać go od twórczej pracy.

Po śmierci Moniuszki, wdowa po kompozytorze powierzyła Karłowiczowi uporządkowanie po mężu rękopisów z okresu warszawskiego, Jan zaczął zatem gromadzić i opracowywać jego utwory. W 1876 ogłosił przedpłatę na utwory dotychczas niewydane (pod własną redakcją), oraz wyczerpane. Na rzecz wdowy trudnił się także ściganiem impresaria nazwiskiem Caroselli, który bezprawnie, przy czym „po mniejszych teatrach” i „nędznie”, wystawiał w Wilnie operę Halka.

Zrzut ekranu 2016-03-20 o 14.42.31

Haendel, „Mesjasz”, fragment w notacji Jana Karłowicza, Państwowe Litewskie Archiwum Historyczne

NOWY JORK

W 1876 ogłosił w Warszawie swój autorski projekt nowej notacji muzycznej. Reformę podjął będąc zdania, że tradycyjna notacja nie odpowiada swemu przeznaczeiu (łatwemu i szybkiemu jej czytaniu i wykonywaniu). Postulował usunięcie konwencjonalnych norm dotychczasowej notacji, na miejsce których zaproponował ich znakowe ekwiwalenty (m.in. stałe oznaczenia literowo-cyfrowe) [o projekcie tym napisał szerzej prof. Maciej Gołąb]. W maju 1876 wyruszył w podróż do Ameryki. Notację przedstawił osobiście na Wystawie Filadelfijskiej, gdzie zdobyła podobno uznanie rzeczoznawców. W Warszawie reformę przyjęto sceptycznie i polemicznie. Sam Karłowicz nigdy nie użył swej nowej notacji do własnych kompozycji. Podczas transatlantyckiej podróży męża, Irena nosiła pod sercem Mieczysława (sugerowano, że na usposobienie chłopca wypłynąć mogło jej długotrwałe zaniepokojenie w czasie ciąży).

BANK

W latach 1876-77 Jan Karłowicz (oczywiście nie sam) założył i prowadził bank.

HEIDELBERG. PRAGA. DREZNO. WARSZAWA

W 1880 stracił matkę, pierworodną córkę Stanisławę i przyjaciela. W niedługim czasie uregulował swoje sprawy majątkowe i opuścił rodzinne strony (mówiono także, że nie mógł znaleźć wspólnego języka z sąsiadami). W 1882 „osiadł” w Heidelbergu, gdzie jego córka Wanda (podobno bardzo wygadana) brała lekcje fortepianu u Karla Bocha (tego samego, u którego Jan ćwierć wieku wcześniej uczył się harmonii). Z przyczyn zdrowotnych coraz rzadzej grał na wilonczeli (przewlekły reumatyzm w palcach obu rąk, szczególnie lewej), niemniej Gloger określał jego grę, mniej więcej z tego czasu, jako„prześliczną” i „pełną głębokiego uczucia”.

Będąc za granicą nie zaniechał kontaktów z krajowymi towarzystwami naukowymi, nadsyłał korespodencje dotyczące m.in. życia muzycznego w Heidelbergu, Moguncji, Frankfurcie, Bayreuth, Kolonii itd. Lata 1883-87 spędził na wycieczkach rekreacyjno-krajoznawczych, pielgrzymkach artystycznych i zjazdach naukowych. W 1885 przeprowadził się do Pragi, w 1886 do Drezna, a w 1887 na stałe do Warszawy – gdzie zaangażował się w długoletnie przedsięwzięcia i zobowiązania (niektórzy mówili, że niepotrzebnie). W latach 1887-99 redagował miesięcznik etnograficzny „Wisła” zamieszczając w nim liczne prace. Z powodu pogarszającego się stanu zdrowia regularnie przebywał w sanatoriach i letniskach (m.in. Grodzisk, Nałęczów, Krynica, Zakopane).

Kontynuował badania nad twórczością Moniuszki, w 1885 opublikował biografię kompozytora. Był inicjatorem Sekcji im. Moniuszki przy Warszawskim Towarzystwie Muzycznym (1891), która dała instytucjonalne podstawy do badań nad jego twórczością. Działał w Warszawskim Towarzystwie Śpiewaczym Lutnia (był wiceprezesem, jurorem w konkursach, członkiem honorowym, a od 1888 czynnym członkiem – tenorem). W 50. rocznicę śmierci Chopina stworzył przy WTM nieocenioną dla polskiej chopinologii Sekcję im. Chopina, nakładem której, kilka lat później, ukazały się Niewydane dotychczas pamiątki po Chopinie Mieczysława. Przed śmiercią kierował przekładem sławnego dzieła Niecksa o Chopinie, które (w innym tłumaczeniu) wydane zostało przez NIFC dopiero ponad sto lat później.

Brał udział w licznych zjazdach naukowych, gdzie tylko mógł – słuchał muzyki. Parał się również zbieraniem folkloru, korespondował z Oskarem Kolbergiem. Zygmunt Gloger zwrócił uwagę, że zapisywał pieśni z niewzykłą łatwością. Dzięki opisowi Karłowicza znamy sukę biłgorajską, instrument pokazywany na Pierwszej Polskiej Wystawie Muzycznej w 1888 roku w Warszawie. Z jego (m.in.) inicjatywy powstało Muzeum Etnograficzne.

Cieszył się powszechą estymą i nadano mu liczne godności. Przez całe życie był człowiekiem „prywatnym” i niezależym, i nie zrósł się w powszechnej świadomości z żadną instytucją. Zmarł 14 czerwca 1903 roku w Warszawie, mając lat 67.

IMG_4254

Jan Karłowicz, ok. 1879?, Państwowe Litewskie Archiwum Historyczne

KOMPOZYTOR

Niewiele osób wie, że komponował. Uczył się harmonii, posiadał gruntowną znajomość wpółczesnej literatury muzycznej, najnowszych pism teoretycznych, był sprawnym pianistą, a przede wszystkim uzdolnionym wiolonczelistą – byłoby dziwne, gdyby nie sięgnął po papier nutowy. Pisał na własny i lokalny użytek, nigdy nie myślał o sobie jako o kompozytorze. Rękopisy większości jego utworów zachowały się kompletnie, są to pieśni, utwory chóralne i fortepianowe (wiadomo, że pisał też na kwartet smyczkowy). Dzięki zainteresowaniu NCK utwory te zostały wykonane po raz pierwszy w cyklu Polska Muzyka Odnaleziona, w maju 2015 roku. Pozostają niewydane. Przypisywana Mieczysławowi pieśń O nie, wierz! wyszła, zdaniem współczesnych (Starczewski), spod pióra ojca, syn miał jedynie „wzbogacić gdzieniegdzie akompaniament imitacjami”. Chociaż trudno wyobrazić sobie Mieczysława bez dorobku intelektualnego i artystycznego ojca, był to jednak zupełnie inny Karłowicz. Pozytywny i wesoły, oddany polskiej kulturze, a przy okazji „wykonywujący [na wiolonczeli] trudności niesłychane”.

Artykuł ukazał się w Ruchu Muzycznym w sierpniu 2015 roku


Dodaj komentarz