Andrzej Panufnik składa zażalenie do gestapo w sprawie kradzieży kolekcji sześćdziesięciu skrzypiec swego ojca, dokonanej przez Niemców. Jego zachowanie wywołuje konsternację na kilku policyjnych i wojskowych szczeblach – kolekcja zostaje zwrócona


W zbiorach Związku Polskich Artystów Lutników w Warszawie znajdują się cenne instrumenty Tomasza Panufnika, ojca Andrzeja Panufnika, kompozytora. W jego (Andrzeja) autobiografii znajdziemy opis dramatycznych losów kolekcji skradzionej… i oddanej przez Niemców podczas II wojny światowej. Odważny syn widząc ojca zdruzgotanego kradzieżą skrzypiec, które Niemcy w pół godziny wywieźli z jego domu, postanowił złożyć zażalenie (sic!) w siedzibie gestapo. Ryzykował życie będąc przekonany, że zapewne i tak nie przeżyje tego, co działo się wówczas w Warszawie. Konsternacja jaką wywołał wśród Niemców swą bezprecedensową postawą, poskutkowała zwrotem kolekcji, wprawdzie w 1/3 rozkradzionej i w złym stanie, niemniej zapakowanej i przewiezionej ponownie do domu Panufników na koszt okupanta (sic). Niezwykła osobowość, pewność siebie i skłonność do podejmowania ryzyka już wówczas cechowały kompozytora. Uważając, że „bezpieczniej jest być bezbronnym Polakiem niż skorumpowanym esesmanem” – rozegrał bitwę o instrumenty.IMG_5418„Przepisywałem na czysto „Pięć polskich pieśni wiejskich”, gdy nagle przerwał mi pracę odgłos gniewnego kopania ciężkim butem w nasze drzwi. Kiedy je otworzyłem, minęło mnie trzech niemieckich oficerów. Zażądali widzenia się z ojcem i skierowali się wprost do szklanych gablotek, gdzie […] leżały, jak na wystawie, niektóre skrzypce. Ojciec siedział właśnie przy biurku, zagłębiony w naukowych opisach budowy skrzypiec, potrzebnych mu do jego nowej książki, i był zły, że tak obcesowo przeszkadza mu się w pracy. Jeden z oficerów zaczął na niego krzyczeć:

– Wszystkie instrumenty zostają skonfiskowane! Pakuj je ostrożnie i zanoś natychmiast na dół do samochodu.

Ojciec nie mówił po niemiecku. Gdy mu przetłumaczyłem, zbladł jak papier. Matka, słysząc z sąsiedniego pokoju, co mówię, osunęła się zemdlona na podłogę. Nie wiedziałem, komu mam najpierw pomagać: oburzonemu ojcu, czy nieprzytomnej matce.

Ojciec kategorycznie odmawiał i był tak nieopanowany, że musiałem go błagać, by się uspokoił i nie rzucał na oficerów. Oni byli uzbrojeni, a my bezbronni. Nie wiedzieliśmy, czy to byli wojskowi, czy policja: z jedynego wyjaśnienia, jakiego udzielili, wynikało, że działają na polecenie wyższych władz. Dali ojcu zaledwie pół godziny na spakowanie sześćdziesięciu instrumentów i czekali, głośno szurając nogami. Ojciec traktował każdy instrument z tak wielką miłością, jakby to były jego dzieci, a gdy oficerowie odeszli z łupami wyglądał jak człowiek osierocony.

Widząc rozpacz ojca, powiedziałem sobie, że dla Niemców bardziej liczy się sztuka niż ludzkie życie i że skoro i tak jest mało prawdopodobne, bym przeżył to, co dzieje się w Warszawie, mogę zaryzykować i pójść do gestapo spróbować odzyskać ojcowskie skrzypce. Mój plan polegał na tym, by bezczelnie wkroczyć i złożyć skargę, że praca całego życia mojego ojca została skradziona przez żołnierzy działających dla własnych korzyści.

Z drżeniem zbliżyłem się do budynku gestapo, ale zmusiłem się, by wejść pewnie do środka. Człowiek przy biurku zwrócił się do mnie po polsku – prawdopodobnie był jednym z folksdojczów, obywateli polskich pochodzenia niemieckiego, którzy współpracowali z wrogiem. Zapytał arogancko:

– No, co mi tu zaśpiewasz? Chodzi o donos?

– Tak – odpowiedziałem stanowczo i krótko opisałem „kradzież”.

Nie pozwalając mi skończyć, przerwał ze złością:

– To nie jest donos! Raus! Wynoś się!

Skoro jednak zdecydowałem się wejść do jaskini lwa, postanowiłem nie dać się zbyć tak łatwo. Obszedłem budynek dookoła i wyjściowymi drzwiami wszedłem na długi korytarz, aż znalazłem się twarzą w twarz z oficerem gestapo w czapce ozdobionej srebrną miniaturą trupiej główki. Znów zdobyłem się na okazanie pewności siebie i powiedziałem mu o złodziejach i niesprawiedliwości, jakiej doznał mój ojciec. Na nietypowo wrażliwej i inteligentnej twarzy pojawił się wyraz zamyślenia, a po kilku skundach podał mi numer pokoju jakiegoś znacznie starszego stopniem oficera urzędującego na wyższym piętrze.

Pobiegłem po schodach, zapukałem do drzwi i wkroczyłem, usłyszawszy komendę: Herein! Zdawałem sobie sprawę, że moją jedyną szansą przeżycia jest zachowanie spokoju i powagi w wyrażeniu swojego oburzenia. Wysoki rangą oficer gestapo, widząc niespodziewanego gościa w cywilnym ubraniu, wydał się zdumiony i nieco zaniepokojony […] lecz zapytał mnie dość spokojnie, o co chodzi.

Opowiadając całą historię już po raz trzeci, dodałem do swojego wystąpienia więcej świętego oburzenia i starałem się pochlebić mu, mówiąc, że zwracam się do wielkiego i sprawiedliwego człowieka mającego władzę i poczucie sprawiedliwosci, które pozwoli mu rozwikłać to tajemnicze przestępstwo.

Ku memu zdumieniu wysłuchał z powagą. Kazał opisać ludzi i ich mundury i wyrażając przypuszczenie, że była to raczej policja niż wojskowi, pożegnał mnie i obiecał zbadać sprawę.

Przez dwa tygodnie nic się nie zdarzyło. Nagle przyjechał do nas na motocyklu inny funkcjonariusz policji. Tym razem nie kopał w nasze drzwi, lecz zadzwonił. Podał mi list od gubernatora Fischera zezwalający na zwrot instrumentów, które miałem odebrać z biura generalnego gubernatora w pałacu Brühla (wcześniej siedziby Ministerstwa Spraw Zagranicznych). Twarz ojca rozbłysła radością.

Następnego dnia z nieco mniejszą radością i sporym niepokojem, starając się raczej myśleć o zachwycie ojca, gdy znów zobaczy swoje instrumenty, niż o tym, że mogą mnie aresztować, poszedłem do pałacu Brühla i podałem list wyjątkowo ponuro wyglądającemu esesmanowi. Przez chwilę stał przede mną, mierząc mnie wzrokiem od starannie uczesanych włosów po okropnie zniszczone buty. Wreszcie kazał mi iść za sobą.

Przepuścił mnie przez drzwi, po czym zamknął je za nami na klucz i ruszyliśmy długim korytarzem, a następnie w dół ciemnymi schodami do piwnicy. Byłem przerażony, myślałem, że wybiła moja ostatnia godzina, spodziewałem się, że lada chwila z potężnej kabury na biodrze wyjmie pistolet.

Doszliśmy do wielkiego, zakurzonego, pokrytego pajęczynami pomieszczenia zapełnionego od ściany do ściany wspaniałymi stylowymi meblami, obrazami starych mistrzów, perskimi dywanami, kryształami, srebrem – skarbca łupów zagrabionych pewnie nie dla nazistowskich przywódców w Niemczech, lecz do podziału między niższych dostojników i szefów ss w Polsce.

Wśród nieco staranniej ułożonych skarbów ujrzałem ojcowskie skrzypce. Leżały na kamiennej podłodze, w okropnym stanie, niektóre pozbawione strun i podstawków, inne ze złamanymi szyjkami, jeszcze inne, ręcznie rzeźbione, zniszczone tak bardzo, że nie nadawały się do naprawy. Byłem nieprzytomny z przerażenia i patrzyłem na nie w milczeniu.

– Jak je pan zabierze? – usłyszałem dochodzący zza pleców chrapliwy głos esesmana.

Moja odpowiedź była nie mniej arogancka, a nawet głośniejsza, bo byłem bardziej wściekły niż przestraszony.

– W ten sam sposób, w jaki zostały od nas zabrane. Proszę znaleźć samochód i starannie zapakować je do transportu!

Był tak zaskoczony, że nie wiedział, jak zareagować. Zostawił mnie bez słów i po chwili wrócił z dwoma mężczyznami, którzy zaczęli pakować instrumenty i ładować je na wojskowy samochód.

Gdy przyjechałem z nimi do domu, ojciec nie mógł uwierzyć własnym oczom. Był tak szczęśliwy, widząc znowu swoje skrzypce, że nie chciał dopuścić do zmącenia radości faktem, iż brakowało jednej trzeciej zbioru, w tym niektórych najlepszych egzemplarzy, a inne zostały bardzo zniszczone. Tego wieczoru zjedliśmy wyjątkowo uroczystą kolację, udało nam się nawet zdobyć trochę wódki.

Dwa tygodnie późnej otrzymałem następny list, który wzywał mnie do pałacu Brühla. Gdy tylko przyszedłem, zaprowadzono mnie do eleganckiego salonu, gabinetu samego gubernatora Fischera, który zresztą mieszkał w pałacu. Stał przy oknie i wyglądał na zewnątrz, nie zwracając na mnie uwagi. Ponieważ byłem przyzwyczajony do wygłodzonych rodaków, wygląd jego zdrowej różowej cery i masywna budowa były dla mnie odpychające.

Nagle odwrócił się do mnie ze złością:

– Gdy brał pan instrumenty swojego ojca, wziął pan też część moich. Chcę je mieć natychmiast z powrotem!

(Dowiedziałem się później, że lubił grać na wiolonczeli w kwartecie smyczkowym; prawdopodobnie zarządził konfiskatę instrumentów ojca, aby zebrać dodatkowych muzyków spośród innych oficerów).

Odpowiedziałem z największych oburzeniem:

– Z całą pewnością nie tknąłem pańskich instrumentów. Przeciwnie, zwrócono nam mniej, niż zabrano, tylko dwie trzecie z kolekcji ojca otrzymaliśmy z powrotem. Pozostałe, zgodnie z tym, co mówił pański oficer, zginęły w drodze!

– Zginęły w drodze? – Powtórzył i zamilkł, zastanawiając się chwilę. Po czym rzekł krótko: – Może pan odejść.

Wyszedłem z przekonaniem, że bezpieczniej jest być bezbronnym Polakiem niż skorumpowanym esesmanem w służbie równie skorumpowanego gubernatora Fischera.

Wkrótce po moim powrocie do domu zjawiło się u nas dwóch Niemców w cywilu. Byli grzeczni, lecz oglądali starannie wszystkie instrumenty, a następnie przeszukali dokładnie całe mieszkanie, łącznie z ubikacją. Oczywiście nie mogli zmaterializować nieistniejących instrumentów, więc wreszcie poszli i szczęśliwie już nigdy nie usłyszeliśmy o tej sprawie”.

fragment Autobiografii Andrzeja Panufnika, Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2014, s.127-131

IMG_5414

Tomasz Panufnik (1875(76) – 1951) – jeden z najlepszych lutników polskich I połowy XX wieku. Po długoletnich studiach nad akustyką staropolskich i starowłoskich instrumentów skonstruował w 1905 roku własny model. Stworzył dwa zasadnicze: Antica, nawiązujący do wzorów klasycznych, i Polonia, o falistym barokowym konturze (wzorowanym na skrzypcach żłobionych M. Groblicza (I) z XVI wieku), z kobiecą główką zamiast ślimaka i charakterystycznym fletowym zabarwieniem brzmienia. Zalecał model Antica dla tonacji o „brzmieniu koloraturowym”, a Polonia dla tonacji o „brzmieniu dramatycznym”. Od 1914 prowadził własną pracownię w Warszawie przy ul. Ks. Skorupki 14, w latach międzywojennych pod firmą „Lutnik – Instrumentolog”. Do roku 1920 ukończył 18 skrzypiec. Postawił sobie za cel odrodzenie polskiej sztuki lutniczej i założył w 1921 roku fabrykę „Panufnik”, która miała produkować instrumenty systemem fabrycznym, jednak z powodu trudności ekonomicznych zamknięto ją jeszcze przed pełnym rozruchem. W roku 1930 z jego inicjatywy powstał Oddział Budowy Instrumentów Smyczkowych przy Państwowej Szkole Rzemieślniczo-Przemysłowej w Warszawie, działający pod kierownictwem Panufnika do 1935 roku. Kontynuacją była założona i kierowana przy jego współudziale Polska Wytwórnia Instrumentów, przy której w 1938 roku zorganizował i prowadził kurs lutniczy. Był jednym z założycieli powstałej w 1937 roku Sekcji Instrumentów Muzycznych przy Muzeum Techniki i Przemysłu w Warszawie. W roku 1935 ufundował nagrody zwycięzcom I Konkursu Skrzypcowego im. H. Wieniawskiego w Warszawie: skrzypce modelu Polonia dla Ginette Neveu i modelu Antica (z 1928 r.) dla Dawida Ojstracha (tenże podarował je przed śmiercią synowi Panufnika). Do roku 1939 działał jako rzeczoznawca warszawskiej IPH. W roku 1940 Niemcy zarekwirowali znaczną część z kolekcji kilkudziesięciu instrumentów. W latach 1945-50 Panufnik pracował w Krakowie, następnie w Warszawie, nadal propagując ideę założenia fabryki instrumentów smyczkowych. Zbudował łącznie 92 skrzypiec, altówek i wiolonczel, które zyskały uznanie. Koncertowali na nich m.in. S. Barcewicz, B. Huberman, Wiłkomirscy, G. Neveu i D. Ojstrach.

fragment biogramu za: Beniamin Vogel, Słownik lutników działających na historycznych i obecnych ziemiach polskich oraz lutników polskich działających za granicą do 1950 roku, Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu Szczecińskiego, Szczecin 2007, s. 164-166

IMG_5399

 

IMG_5420IMG_5423IMG_5402

Na zdjęciach Prof. Beniamin Vogel i Joanna Gul oraz dwoje skrzypiec, altówka i wiolonczela autorstwa Tomasza Panufnika (model Polonia)- własność Związku Polskich Artystów Lutników w Warszawie. Foto: Agata Mierzejewska


 

Dodaj komentarz