„Ponieważ wszyscy są obznajomieni z rodziną skrzypiec, nie jest rzeczą konieczną pokazywać lub pisać cokolwiek więcej na ten temat” – stwierdził lapidarnie w roku 1619 Michael Praetorius


„Ponieważ wszyscy są obznajomieni z rodziną skrzypiec, nie jest rzeczą konieczną pokazywać lub pisać cokolwiek więcej na ten temat” – stwierdził lapidarnie w roku 1619 Michael Praetorius (Syntagma musicum, t.II, cz.II, rozdz.XXII), uznając najwyraźniej, że wszystko jest dla wszystkich wystarczająco jasne. Czterysta lat później jesteśmy co prawda nadal wszyscy ze skrzypcami „obznajomieni”, niemniej nikt by się na Praetoriusa nie pogniewał, gdyby zostawił nam obszerniejszą relację z początków XVII wieku, a najlepiej krótki rys historyczny uwzgędniający te oczywiste początki. (Bardzo aktualne – zawsze znajdzie się ktoś, kto wytknie braki nawet w najlepszym opracowaniu). W przypadku skrzypiec mamy do czynienia z instrumentem uważanym dziś za jedno z najdoskonalszych osiągnięć sztuki lutniczej, którego kształ uznaje się za tak optymalny, że regulamin Międzynarodowego Konkursu Lutniczego im. Henryka Wieniawskiego w Poznaniu nie przewiduje uczestnictwa instrumentów modyfikujących w znaczny sposób przyjętej przed wiekami formy, ocenie zaś podlega najpierw wygląd zewnętrzny, a potem brzmienie. Mamy do czynienia z instrumentem owianym legendami, opromienionym karierami skrzypków i lutników (chyba każdy ma jeszcze w oczach kadr z filmu, w którym mały, uparty Antonio Stradivari moczy w klasztornej zupie drewno na boczki, które uprzednio wyciął z siedziska w konfesjonale), osiągającym na aukcjach zawrotne sumy. Dla wielu muzyków jest to żywy organizm (profesor Krzysztof Jakowicz ma np. dwie dusze – drugą, świerkową, nosi w kieszeni). Wystarczy też wejść do pracowni lutniczej, żeby zrozumieć od razu, że nie chodzi tu tylko o artystyczne rzemiosło…

O historii skrzypiec czytajcie w najnowszym Ruchu Muzycznym 10/2016 artykuł „Po nitce do skrzypiec” Agaty Mierzejewskiej:

img_7978


 

Dodaj komentarz