„Co z bydgoskim zbiorem zabytkowych instrumentów?” – Gazeta Wyborcza 10 września 1999 roku


Od strony praktycznej całkiem dobrze znam to, co kryje się pod nazwą „fortepian historyczny”, w moim przypadku, jeszcze w czasach szkolnych – historyczne pianino. Stare pianino z pękniętą ramą, które się komuś kiedyś przewróciło, wieźliśmy przyczepką spod Warszawy z dziadkiem we wczesnych latach 90. Nigdy nie dało się go nastroić, w końcu przestaliśmy w ogóle je stroić. Proszę to nastroić! krzyknęła kiedyś sąsiadka przez okno. Podczas grania patrzyłam na sześć smutnych dziurek po świecznikach, które sprzedający, najwyraźniej widząc w nich jakąś wartość, wykręcił. Po pewnym czasie młoteczki nie trafiały w struny – trzeba było zdemontować kilka elementów i wsadzić w mechanizm przynajmniej jedną długą linijkę. Pianino miało śliczne tłoczone nóżki, które jednak odpadały przy każdym wycieraniu. Przepychaliśmy je sobie z pokoju do pokoju, co na 50 m2 nie dawało wielu możliwości, a tylko nadwyrężało kręgosłup i rysowało parkiet. Kiedy pianino zniknęło z naszego domu (wraz z okrzykami O, jakie macie piękne pianino!), w zamian za wywóz, nota bene by ozdobić krakowską kawiarnię, powiem szczerze, poczuliśmy ulgę. Dlatego znakomicie rozumiem przeżywających frustrację właścicieli starych fortepianów i pianin, zwłaszcza mieszkańców małych osiedlowych mieszkań, którym kręci się łezka w oku, kiedy żegnają swoich na wpół grających, rozstrojonych staruszków. Usłyszałam ostatnio rozmowę: „- to jest trup! – ale on ma numer trzycyfrowy! – trzycyfrowy trup”, w podobnym tonie w jakim George Sand nazwała Chopina swoich „drogim trupkiem”.

Muzea i kolekcje mają jednak nieco inne cele i zadania: widziałam niedawno w Gdańsku wspaniałą ekspozycję średniowiecznych butów – część wyciągnięta z cmentarza – trudno gromadzić sobie pewne obiekty w domu, skoro są do tego powołane instytucje. Instytucje chorują jednak czasem na to samo, co osoby prywatne: brak miejsca, brak odpowiednich środków na opiekę, przewóz i konserwację. Czytając poniższy tekst, który podesłał nam przed chwilą pan Marek Pietrzak, zdaję sobie sprawę, że jeszcze niedawno fantastyczna Kolekcja Zabytkowych Fortepianów dawniej Filharmonii Pomorskiej, dziś im. Andrzeja Szwalbego należąca do MCK w Bydgoszczy, ustalała status quo. Aż trudno w to uwierzyć. Wczoraj późnym popołudniem nagrywaliśmy 6 instrumentów z tej kolekcji uruchomionych przez Andrzeja Dorędę, jej wieloletniego opiekuna, aby zarejestrować dźwięk, który z roku na roku zanika, być może bezpowrotnie. Tak pewnie nagrywa się ginące gatunki śpiewających ptaków. Choć skromny, był to jednak dość wzruszający moment, który udało się utrwalić. Dźwięk fortepianu historycznego zmienia sposób słuchania muzyki, pianista przestaje starać się grać perfekcyjnie, wraca to sytuacji koncertowej utraconą naturalność. O więcej pytajcie Profesora Beniamina Vogla, który zna kolekcję od podszewki.

„Czy fortepiany będą w stanie przyciągnąć widzów do byłej zajezdni?” zastanawiała się autorka artykułu w 1999 roku. Obecnie stoją w pięknym miejscu, i wyglądają tak, jakby stały tam od zawsze. Wymówki od oglądania nie ma. Przeczytajcie poniższy tekst i mając go z tyłu głowy jedźcie do Ostromecka zobaczyć stare fortepiany eksponowane na trzech piętrach barokowego pałacu, bo naprawdę warto. Tytuł artykułu bardzo niefortunny, to prawda.16708349_1298149383561932_7565171111981098098_n

Bydgoska Gazeta Wyborcza, tekst Magdaleny Piórek z 10 września 1999 roku.


 

Dodaj komentarz